Śmierć w ramionach matki albo operacja warta fortunę - Głos Wojewódzki
FAKTY
latest

reklama


środa, 17 kwietnia 2019

Śmierć w ramionach matki albo operacja warta fortunę



Zdążyliśmy - zdążyliśmy w ostatniej chwili. Minuty były na wagę złota. Tuż przed operacją Tomek był reanimowany. Operacja przebiegła po myśli lekarzy, po raz kolejny specjaliści, którym zaufaliśmy, uratowali życie naszego synka. Po miesiącu wróciliśmy do Polski. Od tych ciężkich dla nas wydarzeń i drugiej operacji Tomusia minęło już sporo czasu i choć nie da się tego zapomnieć, udaje nam się żyć możliwie normalnie. Do tej drugiej operacji mogło nigdy nie dojść. Przeżyliśmy chwile, o których chcielibyśmy zapomnieć, ale przytrafił się cud, wspaniała pomoc i odrobina szczęścia. Ale zacznijmy od początku…

foto: siepomaga
Dzięki pomocy setek ludzi udało się zgromadzić pieniądze, konieczne by Tomaszek urodził się w niemieckiej klinice i tam przeszedł pierwszą operację serca. Dzięki ogromnej opiece całego personelu i zaangażowaniu lekarzy czuliśmy, że nasze dziecko jest bezpieczne, to jednak to nie są dobre emocje.


 Kiedy do człowieka dociera, że operacja, jaka ma się odbyć, jest bardzo ryzykowna, kiedy potem może tylko bezradnie patrzeć na swoje ukochane dziecko w plątaninie kabli i medycznej aparatury coś w środku pęka. Widzi się zaangażowanie tych wszystkich ludzi, którzy walczą, by dziecko pomimo trudnej sytuacji miało szansę i przeszło przez ten czas jak najłagodniej. To widzieliśmy w Munster, nie znaliśmy innej opieki nad dzieckiem z wadą serca a jedynie tą, jaka była tam, ludzi gotowych nieść pomoc, cierpliwie słuchających setek pytań rodziców, odpowiadających wielokrotnie na te same pytania, dbających, by ten mały człowiek nie czuł bólu, strachu, by było po prostu dobrze...
Mieliśmy świetny plan, Tomek wrócił do sił po operacji, dostał wypis, kolejne miesiące w domu to miały być rutynowe kontrole kardiologiczne, a potem powrót do Munster do prof. Malca na kolejną operację - drugi, planowy etap leczenia wady serca. Plan, jaki mają setki innych rodziców, którzy dowiadują się, że ich dziecko urodzi się z chorym sercem. Wszystko udało się pierwszy raz, dlaczego miałoby się nie udać kolejny?

Przez myśl nam nawet nie przeszło, jak wielką walkę będzie musiał stoczyć nasz mały synek. Październik 2017, termin przyjęcia do kliniki był ustalony, za dwa tygodnie mieliśmy być w dobrze nam znanym miejscu by kolejny raz oddać dziecko w ręce dobrze nam znanych lekarzy. Tomek jednak był niewyraźny, niby zachowywał się jak zawsze, ale trochę wyglądało to tak, jakby zaczynała się infekcja. Baliśmy się, że mogłoby to odsunąć w czasie zabieg, dlatego nie bagatelizując pierwszych objawów, poprosiliśmy, by lekarz zbadał Tomka.
Pojawiły się spadki saturacji i lekko przyspieszony oddech – niby normalne przy infekcjach u dzieci z wadami serca, ale lepiej dmuchać na zimne, więc pojechaliśmy od razu do szpitala dziecięcego, żeby Tomaszka zobaczyli doświadczeni specjaliści. Zaczęło się niewinnie, od wywiadu, sprawdzenia saturacji i stwierdzenia, iż Tomek nie jest odwodniony, że ogólnie wygląda i bada się dobrze. Podjęto jednak decyzję o założeniu wenflonu i to właśnie wtedy zaczął się koszmar. Dzieci boją się osób obcych, tym bardziej, jeśli sprawiają im ból, siłą ograniczają ich swobodę. Naturalnie bronią się w sposób typowy dla wieku - niemowlęta w takim przypadku płaczą, krzyczą, próbują się wyrwać. O ile zdrowe dziecko przypłaci to najwyżej traumą, to dla dziecka z bardzo chorym sercem, kilka miesięcy po bardzo rozległej operacji, taka sytuacja może zakończyć się tragicznie!
Nad Tomkiem stało kilka osób, które próbowały się wkłuć w jego małe żyłki, które pękały. Jednocześnie wkłuwano się w ręce, nogi, głowę. Nigdy już nie zapomnę jego walki, płaczu i przerażenia. Próby wkłucia trwały bardzo długo, Tomasz krzyczał, kopał, a jedyną reakcją personelu na jego atak paniki było założenie maski tlenowej i wstrzyknięcie do nosa leku, który miał go uspokoić, a wystraszył jeszcze bardziej. Pod koniec tych dramatycznych prób i usiłowania założenia dojścia dożylnego Tomasz zaczął mdleć, saturacje na monitorze pokazywały około 35%. Wywieziono go z sali, a nam kazano czekać kilkadziesiąt minut, bez jakiejkolwiek informacji, co się dzieje...

W końcu, gdy poproszono nas na rozmowę, oznajmiono, że stan naszego synka bardzo się pogorszył, że leży zaintubowany na OIOMie, w sedacji, głęboko uśpiony i że podano mu leki zwiotczające, a jego serce kurczy się bardzo słabiutko. Słysząc w jakim jest stanie, od razu zaznaczyłam, że chcemy, by Tomasz został przetransportowany do Kliniki w Niemczech. Stan Tomka z dnia na dzień był coraz gorszy, puchł, saturacje spadały do beznadziejnie niskich wartości, maszyna oddychała już całkowicie za niego. W organizmie wykryto oczywiście narastające wskaźniki infekcji, mówiono, że trzeba czekać z jakimikolwiek działaniami, że operacja w takiej sytuacji nie może się odbyć. Stan krytyczny, niestabilny.
Te słowa w raporcie medycznym na chwilę zepsuły cały misterny plan. Wszystko było zaplanowane – karetki po stronie polskiej i niemieckiej, specjalny samolot medyczny z zespołem specjalistów, plan lotu, wszystko. Niestety, ten, jak się okazało, bardzo zły stan Tomka sprawił, że lekarz, który miał go transportować, uznał, że jednak nie może się tego podjąć. Przez chwilę byliśmy pod ścianą, wydawało się, że nie ma żadnej możliwości, by zabrać Tomaszka do prof. Malca. Wreszcie udało się, lekarz, który w przeszłości pracował z prof. Malcem w Klinice w Monachium, który tam na Oddziale Intensywnej Terapii opiekował się dziećmi po operacjach serca, zadeklarował pomoc. Przeczytał wyniki badań Tomka, opis jego beznadziejnie złej sytuacji i wiedząc, że ratunek dla naszego dziecka jest tylko u prof. Malca powiedział, że podejmie się transportu - mimo wszystko. Tomaszek w dniu wylotu wyglądał już naprawdę bardzo źle, wyniki były dramatyczne, było widać, jak uchodzi z niego życie – umierał!

Mam świadomość, że wiele osób uznało tą decyzję za złą, lekarze wprost mówili, że to jak stawanie na krawędzi, nie dali nam jednak wyboru. Mówili, że trzeba czekać, gdybyśmy posłuchali, gdybyśmy poczekali jeszcze kilkanaście godzin, kolejnego dnia rano Tomka nie byłoby już z nami. Do niemieckiej kliniki dotarliśmy w ostatniej chwili, w czasie kiedy nasz syn już nie miał siły walczyć, a jego serce się poddawało. Operacja odbyła się natychmiast! Zdążylismy w ostatniej chwili, jeszcze kilka godzin i mogliśmy stracić Tomusia na zawsze. Reanimacja i błyskawiczna operacja ocaliły mu życie!
Obecnie stan zdrowia Tomka, nie licząc częstych infekcji, jest dobry, choć Tomuś cały czas zażywa sporo leków wspomagających pracę jego serca.

« PREV
NEXT »

Popularne na Facebooku

Popularne