Zabił, by uczcić swoją 18-tkę. Szokujące szczegóły zbrodni - Głos Wojewódzki
Najnowsze Wiadomości
latest

reklama

loading...

sobota, 27 stycznia 2018

Zabił, by uczcić swoją 18-tkę. Szokujące szczegóły zbrodni

Mieszkańcy kamienicy, w której znajdowała się agencja towarzyska, już dawno przywykli do dźwięku domofonu oraz nieustannie otwierających i zamykających się drzwi. – Jak zapomniałam klucza, to właśnie tam dzwoniłam i otwierali. Do bloku mógł więc wejść każdy – opowiada jedna z sąsiadek. Aż pewnego dnia coś się zmieniło. Zaczęło się od ciszy i makabrycznego smrodu. Później było tylko gorzej.

Artur K. 
Makabryczne odkrycie w jednym z mieszkań. Pełno krwi
W dniach 21-26 listopada 2015 r. domofon mieszkania nr 10 w kamienicy przy ul Więckowskiego we Wrocławiu dzwonił praktycznie nieustannie, ale nikt go nie odbierał. Na górę wchodzili mężczyźni i pukali do drzwi, jednak nikt im nie otwierał – wspomina sąsiadka zamordowanych. Nie zwróciła jednak na to szczególnej uwagi. Myślała, że kobiety gdzieś wyjechały. Słyszała wcześniej pogłoski, że właścicielka ma za Wrocławiem dom jednorodzinny, w którym również prowadzi agencję towarzyską.

Prawda jednak okazała się o wiele gorsza. Kiedy wracała do domu kilka dni później, 26 listopada, poczuła unoszący się na klatce schodowej intensywny smród.– Myślałam, że to z kanalizacji lub z piwnicy – wyjaśnia. Po jakimś czasie w budynku pojawiła się policja i wszystko stało się jasne. W mieszkaniu, w którym działała agencja, znaleziono ciała dwóch prostytutek. Zostały bestialsko zamordowane.

Każdej z kobiet zabójca zadał ponad 20 ciosów nożem. 66-letnia Krystyna S. miała poranioną m.in. klatkę piersiową, plecy, szyję i głowę. Z kolei 50-letnia Beata W. odniosła rany klatki piersiowej, karku i innych części ciała. W morderczym szale napastnik uszkodził jej żebra, kość ramienia, a nawet kręgosłup. Żadna z ofiar nie miała szans. Wykrwawiły się w ciągu kilku minut. W czasie późniejszych sekcji zwłok odkryto ślady licznych krwotoków wewnętrznych i zewnętrznych u obu kobiet. Stwierdzono zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem.

Właścicielka agencji prowadziła działalność w odziedziczonym po rodzicach mieszkaniu. Jak wspominały później kobiety pracujące u Krystyny S., nie miała ona żadnych wrogów. Wszyscy ją lubili. Traktowała dziewczyny jak córki, często im pomagała. Nikt nie miał pojęcia, kto mógł odpowiadać za tę masakrę. Śledczy przesłuchiwali rodzinę obu kobiet, a także pracowników i klientów agencji. Pomocne okazały się kamery monitoringu zainstalowane w pobliskich szkołach: gimnazjum i liceum. W końcu, jak po nitce do kłębka, policjanci trafili do 18-letniego wtedy Artura K. To on odpowiadał za masakrę z 21 listopada. Zarzuty przedstawiono mu dwa tygodnie po jej dokonaniu.

Ojciec postawił na nim krzyżyk. "Ma lepiej niż bezdomny"
Artur K. nie rzucał się w oczy. Niewysoki, bardzo szczupły, krótko ostrzyżony, o niebieskich oczach. Dorastał w placówkach wychowawczych, a naukę zakończył na gimnazjum. Później zdał do zawodówki gastronomicznej, ale nie skończył nawet jednej klasy. Zbyt często był agresywny i uciekał z placówki. Jako nastolatek był leczony psychiatrycznie, ale nie brał systematycznie leków. U rodziców tylko pomieszkiwał, imał się prac dorywczych. Jego ojciec w czasie przesłuchania przyznaje, że gdy w domu pojawiła się policja, bardziej martwił się o stan żony, która była w kolejnej, piątej już ciąży i nie powinna się denerwować.
– Mam zerowy kontakt z synem. Za dużo mi już krwi struł. Nie jestem nawet w stanie wskazać od kiedy z straciłem z nim kontakt – mówi w rozmowie z prokuratorem. Przyznaje, że syn nie miał nawet swojego pokoju, czy własnych rzeczy. Spał na podłodze w pokoju 8-letniej siostry. – Miał trochę lepiej niż bezdomny, ponieważ miał dach nad głową i dostęp do naszego jedzenia. Ja osobiście na syna już dawno krzyżyk postawiłem – dodaje mężczyzna. Osobiście odwiózł go do ośrodka wychowawczego. Dwóch starszych braci Artura K. dawno wyprowadziło się z domu. On też niebawem miał to zrobić. Nikt nie podejrzewał, że w taki sposób.

Podwójne morderstwo na wejście w dorosłość
Artur K. był karany już przed ukończeniem 18 roku życia. Do tej pory popełniał drobne przestępstwa. 4 miesiące po osiemnastce postanowił uczcić osiągnięcie pełnoletności czymś o wiele poważniejszym. Do zabójstwa przyznaje się od razu, już podczas pierwszego przesłuchania. Twierdzi jednak, że był pod wpływem narkotyków, a gdy jedna z kobiet próbowała go okraść, wpadł w szał. – To jak lokomotywa. Jak ruszy, to nie zatrzymasz – wyjaśnia. Twierdzi, że zawsze nosi ze sobą nóż. – Teraz przyjmują uchodźców, wszędzie są wybuchy i zamachy... Nóż nosiłem dla obrony własnej – przekonuje. 

Na wizytę w agencji umówił się telefonicznie, dzwoniąc na numer ze strony internetowej. Zapłacił 150 zł z góry i poszedł do łazienki. Gdy z niej wyszedł, Krystyna miała grzebać mu w plecaku. Jak było naprawdę, już nigdy się nie dowiemy. Wściekły nastolatek wyjął z plecaka ok. 30-centymetrowy nóż. Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Dźgał bez opamiętania. Wtedy z innego pomieszczenie wyszła Beata. – Zaczęła się drzeć i już było po niej. 

Zacząłem jej nóż wsadzać w ciało. Nie pamiętam ile razy. Zobaczyłem, że stoję w kałuży krwi, byłem zdezorientowany – opowiada Artur K.
Kiedy ranna kobieta usiłowała się wyczołgać do drugiego pokoju, kilkukrotnie kopnął ją, aż przestała się ruszać. Miał na sobie tylko spodnie i skarpetki. W panice zaczął przeszukiwać szafki w poszukiwaniu ręcznika, by się wytrzeć. Gdy natrafił na zamkniętą szufladę, jak tłumaczy, „z ciekawości” próbował podważyć zamek, czym ułamał czubek noża, który wpadł za szafkę. Znaleziono go dopiero w czasie wizji lokalnej. Dwa telefony, które znajdowały się w mieszkaniu wciąż dzwoniły. Rozbił je więc o ziemię, wrzucił do plecaka i zapomniał. Jeden znaleziono później u niego w domu, a drugi prawdopodobnie zgubił. Wszystko, czego dotykał, wrzucił do wanny, do której wcześniej nalał wody. Wiedział, że musi to zrobić, bo jego odciski palców znajdują się w policyjnych bazach danych. W końcu zabrał swoje pieniądze i wyszedł.

"Kobiety, które się nie szanują, nie powinny żyć na tym świecie!"
W domu dokładnie się wykąpał, a ubrania, plecak i buty spalił w tzw. „wulkanach”, dziurach po zbiornikach w dawnej gazowni przy ul. Trzebnickiej. Nóż wyparzył i schował w domu na strychu, gdzie go później znaleziono. Nie pozbył się go z sentymentu. Był to prezent od kolegi, który wypadł z pociągu, gdy razem jechali na mecz do Legnicy. 18-latek twierdzi, że żałuje zamordowania prostytutek, jednak jego pozostałe zeznania wyraźnie temu przeczą. – W następne dni nie pamiętałem tego, co się stało. Żyłem chwilą. Nie odczuwałem takich rzeczy, jak żal czy przykrość. Rano wstaję, zajaram i nie myślę o tym – mówi w czasie przesłuchania. Dodaje, że dzień lub dwa przed zabójstwem był w agencji towarzyskiej na ul. Glinianej. Stamtąd go jednak wyrzucono, ponieważ był zbyt nachalny. Wyjął wtedy z plecaka nóż i bawił się nim, ale przekonuje, że nie miał zamiaru go użyć.

10 dni po pierwszym przesłuchaniu, 14 grudnia Artur K. jest już bardziej wylewny. – Ku*wy są bez zasad. Kobiety, które się nie szanują, nie powinny żyć na tym świecie. Taki pogląd mam z życia – mówi w rozmowie z prokuratorem. Na pytanie, czy poszedł do agencji, by uprawiać seks, czy w celu dokonania morderstwa, odpowiada: „no, na przykład”. – Gdyby mnie nie zatrzymano, innych ku*ew bym nie zabił – przekonuje 18-latek. Zapytany dlaczego, milczy. Twierdzi, że zabite kobiety naraziły mu się tym, że „to były turboku*wy”. Nie wyjaśnia, co to ma oznaczać. Robi to dopiero podczas jednego z późniejszych przesłuchań przekonując, że „turboku*wy” to osoby, które mają do czynienia z dopalaczami, których on jest przeciwnikiem. Zmienia wcześniejsze zeznania przekonując, że jedna z kobiet mu je podała, przez co był dodatkowo zdenerwowany i nie wiedział do końca, co robi.

"Za rok miałbym już dzieci... Jestem na siebie zły"
W związku z uzasadnionymi wątpliwościami co do poczytalności podejrzanego, sąd podjął decyzję o przeprowadzenie miesięcznej obserwacji psychiatrycznej. – W tej agencji byłem pierwszy i ostatni raz. Wszedłem i chciałem stamtąd wyjść. Przez te głupie 10 minut straciłem całe swoje życie – mówi Artur K. w czasie rozmowy z biegłymi. – Od dwóch miesięcy byłem pokłócony z dziewczyną, ale dążyłem do tego, żeby się pogodzić. Gdybym miał czas i się pogodził, to już za rok miałbym dzieci, a tak... Na siebie jestem zły – dodaje.

Po miesiącu badań stwierdzono, że osobowość 18-latka kształtuje się nieprawidłowo, w kierunku dyssocjalnym. Nadużywanie środków psychoaktywnych dodatkowo osłabiało i tak już niską umiejętność kontrolowania impulsów. Gdy coś idzie nie po jego myśli, staje się agresywny. Biegli stwierdzili również, że informacje płynące z jego wcześniejszej dokumentacji wskazują na „niewydolność wychowawczą rodziców”. Placówki wychowawcze również nie miały nad nim efektywnej kontroli. „Swoje ofiary opisuje w zimny, pozbawiony emocji sposób (…). Kwestionowanie ofiary, umniejszanie jej powoduje racjonalizację tego działania i neutralizację emocji” – czytamy w opinii. Biegli orzekli jednak bez żadnych wątpliwości, że Artur K. jest poczytalny.

Nie chciał medialnego rozgłosu
Zabójca kilkukrotnie wnioskował o utajnienie przebiegu sprawy wraz z wyrokiem, ponieważ „nie chciałby medialnego rozgłosu”. Sąd w czasie rozprawy głównej nie przychylił się jednak do tego wniosku, ponieważ „interes społeczny przemawia za jawnym rozpoznaniem sprawy”. Artur K. odmówił składania wyjaśnień. Kiedy odczytano mu jego poprzednie zeznania, stwierdził, że część z nich była powodowana „kacem” i utrzymującym się działaniem narkotyków (choć minęło co najmniej 10 dni). Przeprosił obecne na sali rodziny ofiar, że mówił o ich bliskich coś takiego. Mężczyzna wnioskował o dobrowolne poddanie się karze i prosił o łagodny wyrok w wysokości 15 lat więzienia.

Sąd nie przychylił się jednak do jego prośby. Zgodnie z wynikami badań biegłych, Artur K. odbył stosunek z 66-letnią Krystyną S., choć w czasie procesu się do tego nie przyznał. Zabójstwo mogłoby być efektem niezadowolenia z wykonanej usługi i niechęci do płacenia za nią. Z kolei Beatę M. zabił, by wyeliminować świadka. Sędzia stwierdził, że oskarżony dopuścił się zbrodni zabójstwa za szczególnym okrucieństwem. Wykazał się też ogromną pogardą dla swoich ofiar, a deklarowany żal jest obawą przed konsekwencjami.

Czynnikami łagodzącymi były młody wiek sprawcy, częściowa współpraca z organami ścigania i tzw. zamiar nagły. Sędzia nie miał jednak wątpliwości, że „tak ukształtowana osobowość wymaga długotrwałej kontroli w warunkach więziennych”. Artur K. dostał wyrok 25 lat pozbawienia wolności. Prokuratura domagała się dożywocia. – Kreował się na takiego "naprawiacza" świata. 

Twierdził, że chodzi z nożem, by robić porządek – mówił w czasie procesu prok. Tadeusz Potoka. Jednak zdaniem sądu, kara ma działać wychowawczo, a z opinii psychiatrycznej wynika, że mimo pełnoletności osobowość Artura K. jeszcze się kształtuje. 29 grudnia 2017 r. Sąd Apelacyjny we Wrocławiu podtrzymał wyrok pierwszej instancji. O warunkowe zwolnienie 20-letni obecnie mężczyzna będzie mógł się starać dopiero za 13 lat.  


« PREV
NEXT »

Popularne

loading...