Głos Wojewódzki
FAKTY
latest

reklama

fakty

fakty

kraj

kraj

świat

świat

Kraj

kraj/ block-3

Świat

świat/ block-3

Polityka

polityka/ block-11
randomposts2

Kronika policyjna

Kronika policyjna/ block-3

Kultura

KULTURA/block-3

Nauka

nauka/block-3

zdrowie

zdrowie/block-3

Gospodarka

gospodarka/block-7

Smacznego

Smacznego/block-3

Ciekawostki

ciekawostki/block-1

Religia

RELIGIA/block-1

Latest Articles


piątek, 28 lutego 2020

32-letnia Magdalena K. podejrzana o kierowanie gangiem powiązanym z pseudokibicami zatrzymana

Poszukiwana 32-letnia Magdalena K. dzięki naszym ustaleniom została zatrzymana na Słowacji. Zatrzymania dokonali policjanci słowaccy w asyście polskich policjantów. Kobieta była poszukiwana na podstawie ENA oraz czerwoną notą Interpolu. Dotarcie do miejsca jej przebywania było możliwe dzięki intensywnej pracy policjantów Zespołu Poszukiwań Celowych Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie, Centralnego Biura Śledczego Policji oraz Wydziału Poszukiwań i Identyfikacji Osób Biura Kryminalnego Komendy Głównej Policji.


foto: policja



Policjanci z Centralnego Biura Śledczego Policji z grupy tzw. „łowców cieni” wspólnie z policjantami z Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie i z Biura Kryminalnego Komendy Głównej Policji poszukiwali Magdalenę K. od listopada 2018 roku. Wówczas prokuratorzy z Małopolskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Krakowie wystawili za Magdaleną K. list gończy.


Już ze wstępnych ustaleń policjantów wynikało, że kobieta nie przebywa na terenie kraju, dlatego też rozpoczęto poszukiwania poza naszymi granicami. Te poszukiwania prowadzone były na podstawie Europejskiego Nakazu Aresztowania wystawionego w lutym 2019 roku przez krakowski sąd. Magdalena K. jest ścigana w związku z podejrzeniem kierowania zorganizowaną grupą przestępczą. Członkowie tej grupy są podejrzani o dokonywanie poważnych przestępstw, m. in. międzynarodowy obrót środkami odurzającymi i psychotropowymi oraz przestępstwa przeciwko życiu i zdrowiu.


Policjanci dokładnie analizowali zbierane sukcesywnie informacje, weryfikowali je oraz szczegółowo sprawdzali. Współpracowali także ze służbami wielu państw, docierając do wciąż nowych wiadomości. W efekcie ustalili, że poszukiwana kobieta może przebywać w konkretnym miejscu na terenie Słowacji. Reakcja polskich policjantów była natychmiastowa - pojechali w okolice Zwolenia (Słowacja), odnaleźli poszukiwaną upewniając się, pomimo całkowitej zmiany jej wyglądu, że to ukrywająca się Magdalena K. Z uwagi, iż przebywała ona na terytorium Słowacji o naszych ustaleniach niezwłocznie powiadomiliśmy zaprzyjaźnione służby policyjne na Słowacji.


Dzisiaj policja słowacka zatrzymała Magdalenę K. Kobieta podczas akcji nie stawiała oporu, była kompletnie zaskoczona całą sytuacją, ponieważ nie spodziewała się zatrzymania. Jak się okazało, kobieta wyglądała już zupełnie inaczej niż na publikowanych w mediach zdjęciach. Ciemny kolor włosów i zaprzeczenia co do tożsamości nie zmyliły polskich policjantów, którzy dokładnie wiedzieli kogo szukają.

W najbliższym czasie trafi ona do Polski, gdzie zostanie osadzona w areszcie śledczym do dyspozycji Prokuratury.

Skuteczne działania pościgowe to kolejny sukces polskiej Policji i Prokuratury w walce z przestępczością tzw. okołostadionową.

KGP

Mężczyzna zarażony koronawirusem przebywał w Tropical Islands. Miejsce to jest bardzo popularne wśród Polaków

Ministerstwo Zdrowia niemieckiego kraju związkowego Brandenburgia poinformowało, że osoba zarażona koronawirusem wypoczywała w popularnym parku rozrywki Tropical Islands w Krausniku pod Berlinem. Miejsce to jest sporą atrakcją turystyczną. Chętnie odwiedzają je również Polacy.


foto: Tropical Islands

Według Ministerstwa Zdrowia zarażony mężczyzna przebywał w ośrodku wypoczynkowym w Krausnick (Dahme-Spreewald) od 20 do 23 lutego. W tym czasie w Saksonii trwały feriie. Jak podkreśliła minister zdrowia Ursula Nonnemacher, mężczyzna nie miał bliskich kontaktów z innymi kąpiącymi się. 


On i jego rodzina odwiedzali tylko dużą salę kąpielową. Nie korzystali z żadnych saun oraz innych obiektów wellness. Jak podkreśliła minister ryzyko zainfekowania innych osób jest bliskie zera. 


Jak informuje gazeta „Bild”, chory to 47-latek, który leczony jest obecnie w Szpitalu Uniwersyteckim w Düsseldorfie. 

Dotychczas, 91 pracowników parku nie wykazuje żadnych objawów infekcji. Ich izolacja nie jest konieczna. 

W sumie w Niemczech potwierdzono już niemal 60 przypadków koronawirusa. 

Renata Zalewska-Ociepa
źródło: maz-online.de/Polsat News


Sześć policyjnych psów nie żyje. Smutek i żal w Komendzie Stołecznej Policji

21. lutego na warszawskiej Pradze-Północ nieopodal laboratorium kryminalistycznego doszło do awarii ciepłowniczej. Pękła magistrala centralnego ogrzewania. Wrząca woda i para dostały się na teren jednostki. Dramat rozegrał się w pobliżu kojców, w których przebywało sześć psów policyjnych. Zwierzęta zginęły. Mundurowi ze Stołecznej Policji pogrążeni są w ogromnym smutku i żalu po stracie swoich przyjaciół.


zdjęcia: policja

„W piątek wieczorem odeszli nasi Towarzysze Służby. Magnet, Jogin, Edamis, Lasso, Jerk i Long. Brakuje słów, by opisać rozmiar tej tragedii. Żegnajcie nasi niebiescy bracia.
Najgłębsze wyrazy współczucia składamy na ręce opiekunów psów: Agnieszki, Aleksandry i Krzysztofa” - napisano na portalu społecznościowym Komendy Stołecznej Policji. 


Aleksandra Żurada, przedstawicielka firmy odpowiedzialnej za utrzymanie sieci ciepłowniczej, poinformowała, że w wyniku punktowej korozji awarii uległa duża, 80 centymetrowej średnicy rura sieci magistralnej. Gorąca woda pod ciśnieniem wylała się na teren jednostki. Rura znajdowała się bardzo blisko kojców, w których przebywało sześć policyjnych psów. Zwierzęta nie miały żadnych szans, zginęły. Ogromem tragedii wstrząśnięci są wszyscy stołeczni policjanci. 


- Nie jestem w stanie wejść w sytuację kolegów, którzy przyjechali i zobaczyli te puste kojce. Wszyscy przeżyliśmy śmierć swojego przyjaciela - psa służbowego, który jest naprawdę wyjątkowym przyjacielem. Ta sytuacja jest straszna. Na razie nie mam kontaktu z koleżankami, z kolegami stamtąd. Wiem, że są w kiepskim stanie psychicznym - powiedziała "Interwencji" aspirant Aldona Bandzul z Komendy Stołecznej Policji.


To ogromna tragedia. Zginęły bardzo doświadczone psy, które szkolone były do podejmowania śladów zapachowych. 

Renata Zalewska-Ociepa
źródło: Polsat News/ Komenda Stołeczna Policji

Rabka-Zdrój: Szarpanina i wyzwiska podczas wizyty prezydenta Andrzeja Dudy

Prezydent Andrzej Duda spotkał się z mieszkańcami Rabki-Zdrój. Wizytę w tym mieście rozpoczął od odsłonięcia tablicy poświęconej tragicznie zmarłej byłej pierwszej damie, Marii Kaczyńskiej, która w Rabce-Zdrój dorastała. Na spotkaniu pojawili się przeciwnicy urzędującego prezydenta. Doszło do przepychanek krzyków i wyzwisk. 


foto: screeny -wideo

27. lutego Andrzej Duda był w Rabce-Zdrój. Spotkanie odbyło się w budynku jednej ze Szkół Podstawowych. Prezydent wspominał tam Marię Kaczyńską. Podkreślał, że była ona osobą wielkiej szlachetności i wielkiej klasy i zawsze do drugiego człowieka odnosiła się z szacunkiem, o który prezydent apelował. Mówił o obniżeniu wieku emerytalnego, o programie 500+, 300+ oraz o 13. emeryturze. Dodał, że  w 2021 roku planowana jest wypłata również 14. emerytury.


 Słowa Andrzeja Dudy wywołały awanturę między zwolennikami a przeciwnikami prezydenta. Wznoszono okrzyki "Konstytucja!", a w odpowiedzi słychać było „Hańba! Wynoście się stąd! Wykończymy was!". Doszło do przepychanek. Musiały interweniować obecne na sali służby.


Gdy Andrzej Duda opuścił budynek szkoły, działacze z Komitetu Obrony Demokracji przywitali jego wyborców transparentami oraz okrzykami „Rabczanie, Duda kłamie! Trybunał Stanu czeka! Konstytucja!". Jak informuje Gazeta Wyborcza przed tłumem musiała ich ochraniać policja.  Pod ich adresem padały wyzwiska „komuchy, przybłędy, psy”, próbowano wyszarpać im transparent. 

Renata Zalewska-Ociepa
źródło: gazeta.pl/Gazeta Wyborcza/Radio Zet

czwartek, 27 lutego 2020

66-latek znęcał się nad psami sąsiadów

Zakładał druciane „wnyki” w ogrodzeniu posesji dzielącego go od sąsiadów, w które miały wpadać ich psy. Swoje zachowanie tłumaczył tym, że ich zwierzęta wchodziły na jego posesję i wyjadały karmę jego kotu. Gdy na swojej posesji zauważył obce zwierzę, bił go dodatkowo drewnianym trzonkiem. Na takie zachowanie nie pozwolili właściciel psów i zgłosili to funkcjonariuszom z komisariatu w Radzyminie. Ci już przesłuchali 66-latka, który usłyszał zarzuty znęcania się nad zwierzętami. Mężczyzna przyznał się do zarzucanych mu czynów i dobrowolnie poddał się karze.


zdjęcie: policja


Kilka dni temu funkcjonariusze z komisariatu w Radzyminie zatrzymali 66-letniego mieszkańca Słupna podejrzewanego o znęcanie się nad zwierzętami. Jak ustalili policjanci mężczyzna miał zakładać „wnyki” wykonane z drutu w ogrodzeniu posesji dzielącego go od sąsiadów, w które miały wpadać ich psy. Właściciele czworonogów byli też świadkami, jak ten bił dodatkowo drewnianym trzonkiem ich zwierzęta, które znalazły się na jego posesji. O takim zachowaniu 66-latka powiadomili policjantów z miejscowej jednostki.


Funkcjonariusze przesłuchali poszkodowane osoby, zabezpieczyli również dokumentację z leczenia zwierząt, po czym zatrzymali mężczyznę. Ten został przesłuchany, usłyszał zarzuty znęcania się nad zwierzętami, przyznał się też do zarzucanych mu czynów. Jak tłumaczył policjantom, robił tak bo psy sąsiadów „wchodziły mu w szkodę” i wyjadały karmę jego kotu. 66-latek skorzystał też z przysługującego mu prawa i dobrowolnie poddał się karze grzywny w kwocie 1000 złotych.

Tomasz Sitek/mb

Tragiczny wypadek na krajowej „dwunastce”

Na krajowej „dwunastce” w powiecie polkowickim miał miejsce bardzo poważny wypadek drogowy. Jedna z jego uczestniczek w ciężkim stanie trafiła do szpitala. 


zdjęcia: policja


Dyżurny Komendy Powiatowej Policji w Polkowicach został powiadomiony o zdarzeniu drogowym na drodze krajowej nr 12. Przybyli na miejsce policjanci wstępnie ustalili, że kierujący pojazdem osobowym nie ustąpił pierwszeństwa samochodowi dostawczemu.



 Niestety na tył unieruchomionego w wyniku zdarzenia pojazdu najechała ciężarówka. Do szpitala trafiły 3 osoby, w tym najciężej ranna 64-letnia pasażerka samochodu osobowego.


Funkcjonariusze prowadzili na miejscu wypadku czynności z udziałem biegłego z zakresu ruchu drogowego. Obecnie policjanci analizują zebrany materiał dowodowy i wyjaśniają wszystkie okoliczności oraz przyczyny tego zdarzenia.



Kamil Rynkiewicz

Życie Frania wycenione na miliony. Trwa dramatyczna walka z czasem i chorobą


Franek niedawno skończył roczek, a już musi toczyć nierówną walkę z przerażającą chorobą. Trzy słowa zmieniły nasze życie w walkę o każdy dzień. To najważniejsza i najtrudniejsza walka - batalia o śmierć i życie. Mamy tylko kilkanaście miesięcy na uzbieranie ogromnej, niewyobrażalnej kwoty!


zdjęcia: siepomaga


Narodziny Franka były spełnieniem marzeń. Wyczekany, silny chłopiec, którego uśmiech rozjaśniał każdy nasz dzień. Mijały dni, tygodnie, a macierzyństwo okazywało się coraz większą przygodą. Miałam wrażenie, że wszystko się zmieniło, ale wtedy nie spodziewałam się, że zmiana będzie tak diametralna. Że codzienną radość zamieni obawa, zabawę na rehabilitację, domowe otoczenie na niemalże szpitalne warunki.


Długo nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Franek miał 3 miesiące, kiedy jego mięśnie zaczęły słabnąć. Nie podnosił główki, nie ruszał rączką. Pełna obaw zaczęłam szukać przyczyny. Wstępne badania, pierwsze wizyty lekarskie nie wykazały nic niepokojącego. Lekarz zalecił rehabilitację. Więcej mieliśmy dowiedzieć się za kwartał, byłam przekonana, że właśnie zaczęliśmy drogę do sprawności.

Przez chwilę wydawało się, że jest lepiej. Franio nieznacznie zaczął poruszać rączką. Pojawiła się tylko po to, by została w tragiczny sposób wydarta i zdeptana. Podczas kolejnej wizyty nad moim dzieckiem zebrało się grono lekarzy, rozpoczęło się zamieszanie, badania, procedury. Dostałam skierowania, które miały ostatecznie potwierdzić podejrzenia specjalistów. Dopiero po kilku tygodniach oczekiwania na wyniki dowiedziałam się, że każdy dzień mojego synka zbliża go do śmierci… Rdzeniowy zanik mięśni typu 1 odbiera mi dziecko kawałek po kawałku. Odbiera mu możliwość ruchu, zabija odporność, wyłącza funkcje życiowe. A mi matce każe patrzeć na spustoszenie, okropny ból i cierpienie. Choroba została wykryta między 8 a 9 miesiącem, bardzo późno. Tym samym odebrano nam szansę na podjęcie działania wcześniej, kilka ważnych miesięcy wyrwanych z poszukiwania ratunku.


Kiedy usłyszałam diagnozę, nie do końca wiedziałam, co się stało, z czym to się wiąże. Pierwsze wyniki wyszukiwania w internecie zwaliły mnie z nóg. Nagle dowiedziałam się, że dni mojego dziecka są policzone, że leczenie refundowanym lekiem to doraźne rozwiązanie. Zatrzyma chorobę, ale nie da mojemu dziecku zdrowia. Każda dawka leku jest ściśle określona, a pominiecie wiąże się z tragicznymi skutkami…


Pobyty w szpitalu, regularna rehabilitacja, odsysanie wydzieliny. Nie wiedziałam, że potrafię to robić. Od początku choroby przekonuję się o tym, że nie ma takiej rzeczy, której nie podejmie się matka walcząca o życie własnego dziecka. Jestem wykończona. Może nie fizycznie, choć też, ale psychicznie, bo paraliżujący strach towarzyszy mi każdego dnia. Podczas drzemki zaglądam z obawą do pokoiku, by sprawdzić, czy wszystkie urządzenia działają prawidłowo. Nie dla nas wyjścia i spotkania rodzinne, bo przede wszystkim musimy chronić Frania przed zarazkami i bakteriami, które stanowią śmiertelne zagrożenie. Żyjemy w więzieniu stworzonym przez chorobę.


Kiedy dowiedziałam się o terapii genowej przez chwilę wyobrażałam sobie Frania jako zdrowego chłopca, który dzień za dniem rozwija się jak jego rówieśnicy. Tylko przez chwilę, bo dotarło do mnie jaka jest cena ratowania mojego dziecka… Kwota jest porażająca! Życie Frania zostało wycenione na ponad 9 milionów złotych. To najdroższa terapia na świecie! Gdyby rok temu ktoś powiedział mi jakiej sumy będziemy potrzebować, nie uwierzyłabym. Dziś nie mam wyboru. Desperację i strach muszę zamienić w walkę o życie i zdrowie mojego dziecka.

Dostępne, refundowane leczenie może powstrzymać postęp choroby, ale kiedy pojawia się szansa na zatrzymanie jej rozwoju, musimy podjąć tę próbę. Na ostatnie pożegnanie własnego dziecka nie da się przygotować. Ta kwota wydaje mi się nierealna tak bardzo jak wycieczka na księżyc, ale muszę spróbować ją zebrać. By móc sobie spojrzeć w oczy, w przyszłości i spełnić obietnicę, którą dałam synkowi, że zawalczę o jego zdrowie.45


Nie tak wyobrażałam sobie macierzyństwo. Wiedziałam, że czekają nas wyzwania, ale nie przypuszczałam, że stanę przed najważniejszym zadaniem swojego dotychczasowego życia. Obserwowanie jego cierpienia łamie mi serce. W nocy boję się spać, w dzień cały czas obserwuję, co się dzieje. A później korzystam z każdej chwili, bo nie wiem, ile uśmiechów Frania będzie dane mi zobaczyć…

Wiem, że proszę o niemożliwe. Ta kwota zwala z nóg, ale wierzę, że może się udać. Nic innego mi nie pozostało. Moje dziecko zasługuje na życie bez bólu, choroby, przerażenia w oczach. “To nie czas na niebo, kochanie” - powtarzam mu to każdego dnia.


W łomżyńskim szpitalu zmarł 19-latek. Przyczyną mogły być e-papierosy

Palenie e-papierosów mogło być przyczyną śmierci 19-latka, który zmarł w szpitalu w Łomży. Nastolatek palił je przez dłuższy czas, a jego płuca były w opłakanym stanie. Być może jest to pierwszy taki przypadek w Polsce.


foto: pixabay


Młody mężczyzna trafił do Szpitala Wojewódzkiego w Łomży z powodu niewydolności oddechowej. Jego stan szybko się pogarszał. Na początku pacjent nie mógł złapać oddechu, jednak lekarze szybko podjęli decyzję, aby umieścić go na OIOM-ie i wspomóc oddech respiratorem.


U 19-latka stwierdzono poważne uszkodzenie płuc. Jak się okazało, wcześniej przez długi czas palił e-papierosy.

19-latek trafił do nas na Oddział Chorób Płuc i Gruźlicy, potem w trybie pilnym został przeniesiony na OIOM, bo wymagał wspomagania oddychania. Wynik sekcji zwłok wykazał, że płuca były dramatycznie uszkodzone. Przebieg był piorunujący, zmarł w ciągu kilku dni z powodu niewydolności oddechowej, uszkodzenia płuc - mówi Henryk Perkowski.


Od początku roku w całej Polsce lekarze stwierdzili kilkanaście przypadków bardzo poważnych chorób płuc, wywołanych przez palenie e-papierosów. – W Ameryce stwierdzono w tamtym roku mnóstwo zgonów, jak również uszkodzeń płuc. Są jednoznaczne dowody, że to jest szkodliwe. To jest sama chemia, różne rzeczywiście rozpuszczalniki i substancje są tam dodawane, nawet niektóre stany zabroniły sprzedaży e-papierosów. Ważne żeby do młodzieży dotarła ta informacja, że to jest niebezpieczne – przestrzega Henryk Pawłowski.


źródło: portal.abczdrowie/ Fakt24

Atak nożownika w Krakowie, nie żyje 40-latek. Policja szuka sprawcy

Atak nożownika w Krakowie-Prokocimiu. Ofiara to 40-letni mężczyzna. Policja szuka osób, które mogły doprowadzić do jego śmierci.


foto: policja

Jak dowiedzieli się reporterzy RMF FM, 40-latek z ranami kłutymi pleców, zdołał sam dotrzeć do przychodni przy ul. Teligi. Zjawił się tam wczesnym popołudniem.


W placówce stracił przytomność, próbowano go reanimować, przewieziono do szpitala. Niestety nie zdołano go uratować.


Obecnie trwają poszukiwania w celu ustalenia tożsamości osoby lub osób, które mogły zaatakować 40-letniego mężczyznę. Organy ścigania zajmą się wyjaśnianiem wszelkich okoliczności zdarzenia.

źródło: FaktyInteria

Uderzał łomem i zadał cios nożem, drugi wyrzucał przez okno ubrania

Dzięki natychmiastowej reakcji policjantów z Woli doszło do zatrzymania na gorącym uczynku dwóch mężczyzn podejrzanych o rozbój z użyciem noża. Z ustaleń wynika, że sprawcy wtargnęli do mieszkania pokrzywdzonego. Jeden z nich uderzał go metalowym prętem po ramieniu i zadał mu cios nożem w udo, w tym czasie drugi wyrzucał przez okno należące do niego rzeczy. Pokrzywdzony utracił pieniądze oraz sprzęt elektroniczny. Podejrzani usłyszeli zarzut rozboju z użyciem niebezpiecznego narzędzia. Decyzją sądu 29-latek został tymczasowo aresztowany na trzy miesiące, drugi z mężczyzn został objęty dozorem policyjnym.


zdjęcia: policja


Po godzinie 22 policjanci z Woli otrzymali zgłoszenie o tym, że ktoś wyrzuca przez okno ciężkie przedmioty, m.in. telewizor. Nie czekając długo funkcjonariusze ruszyli na miejsce. Przed budynkiem zauważyli porozrzucane rzeczy. W pewnej chwili usłyszeli hałas dobiegający z mieszkania. Pobiegli tam, w mieszkaniu zastali pobitego mężczyznę oraz przy nim stojących dwóch mężczyzn, którzy widząc policjantów od razu tłumaczyli, że nie mają z tym nic wspólnego.


Policjanci od razu zareagowali i ustalili okoliczności zdarzenia. Okazało się, że mężćzyźni wtargnęli do mieszkania pokrzywdzonego z łomem w ręku. Po wejściu szarpali pokrzywdzonego, jeden z nich uderzał go łomem w ramię i innym przedmiotem w głowę, po chwili zadał cios nożem w udo. Drugi w tym czasie wyrzucał jego rzeczy przez okno. Po chwili zabrali pokrzywdzonemu laptopa oraz pieniądze.


Pokrzywdzony z obrażeniami głowy i uda został zabrany do szpitala. Mężczyźni w wieku 20 i 29 trafili do policyjnej celi. Na miejsce przyjechała grupa dochodzeniowo-śledcza, która przeprowadziła oględziny. Sprawa trafiła do wydziału do walki z przestępczością przeciwko życiu i zdrowiu. Śledczy zgromadzili materiał dowodowy. Podejrzani zostali doprowadzeni do rejonowej prokuratury, gdzie usłyszeli zarzut rozboju z użyciem niebezpiecznego narzędzia. Decyzją sądu 29-letni mężczyzna został tymczasowo aresztowany na trzy miesiące, natomiast drugi z nich został objęty dozorem policyjnym. Za to przestępstwo grozi kara pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 3.

kom. M. Sulowska/RM

Nie żyje Paweł Królikowski. Miał 58 lat

Nie żyje aktor Paweł Królikowski, zmarł dziś nad ranem w wieku 58 lat – napisał „Super Express”.



foto: Facebook


Paweł Królikowski zmarł po długiej chorobie. Aktor trafił do szpitala 20 grudnia ub. roku i przebywał na oddziale neurochirurgicznym. "Wiadomo, że Paweł Królikowski zmagał się z chorobą neurologiczną.


Kilka dni temu media informowały, że Królikowski postanowił złożyć rezygnację z funkcji prezesa Związku Artystów Scen Polskich, którą pełnił od kwietnia 2018 roku.


Paweł Królikowski w kwietniu skończyłby 58 lat. Zostawił żonę, także aktorkę, Małgorzatę Ostrowską-Królikowską oraz piątkę dzieci: Antoniego, Julię, Marcelinę, Ksawerego i Jana. Bratem Pawła Królikowskiego jest Rafał, który także zajmuje się aktorstwem.


źródło: SE.PL/ TvpInfo/ DoRzeczy


Łódź: Pierwszy w Polsce, potwierdzony, przypadek koronawirusa? Kobieta przebywa w szpitalu im. Biegańskiego

U kobiety, która przyjechała pociągiem z Warszawy do Łodzi wykonano testy, które miały potwierdzić, że zarażona jest koronawirusem.


foto: Bloomberg

25-latka przez miesiąc była w Tajlandii i już tam źle się czuła. Występowały u niej objawy paragrypowe i silne duszności. Z tego powodu przyjmowała antybiotyki. W sobotę przyleciała do Polski, a z lotniska do Łodzi pojechała pociągiem. Do szpitala im. Biegańskiego zgłosiła się sama. Wykonano u niej test, które miał potwierdzić zarażenie koronawirusem. Kobieta przebywa w szpitalu, gdzie poddawana jest kolejnym badaniom, a lekarze czekają obecnie na wyniki. 


Zakażenie koronawirusem u pacjentki hospitalizowanej w szpitalu im. Biegańskiego nieoficjalnie potwierdziły mediom dwa źródła. W Łodzi jedynie rzecznik Wojewody może informować o koronawirusie, inne placówki mają bezwzględny zakaz udzielania wiadomości na ten temat. 


Ministerstwo Zdrowia dementuje informację o tym, że pacjentka hospitalizowana w szpitalu im. Biegańskiego jest zakażona. Na stronie Ministerstwa pojawiła się informacja o następującej treści: „Nie ma potwierdzonego przypadku koronawirusa”.  


Kobieta wykonane miała kolejne testy, które bada Państwowy Zakład Higieny, a ich wyniki znane będą za trzy dni. Inspekcja sanitarna bada, z iloma osobami miała kontakt, przebywająca obecnie w szpitalu, 25-latka. Będzie podejmować decyzję o poddaniu ich testom na obecność koronawirusa i poddaniu ich kwarantannie. 

Renata Zalewska-Ociepa
źródło: Gazeta Wrocławska/Twitter-Ministerstwo Zdrowia

Proboszcz z własnych pieniędzy kupił mieszkańcom ... ambulans!

Nowiutki samochód Citroen Berlingo na potrzeby chełmskiego hospicjum domowego im. ks. kan. Kazimierza Malinowskiego zakupił z własnych środków ks. kan. Józef Serej, proboszcz parafii Żdżanne. Wartość nowego auta to 70 tysięcy złotych. Samochód jest przeznaczony do przewozu pięciu osób. Poza tym ma większą pojemność bagażnika, która umożliwi przewóz do domów podopiecznych hospicjum niezbędnego sprzętu wspomagającego opiekę nad chorymi na nowotwory.


foto: 
hdchelm.cba

Z własnych środków finansowych Stowarzyszenie Hospicjum Domowe im. ks. kan. Kazimierza Malinowskiego nie było by w stanie zakupić takiego mini ambulansu. Stowarzyszenie jest organizacją pożytku publicznego. Dzięki temu środki na działalność gromadzi z przekazywanego jednego procenta od podatku. W ubiegłym roku z tego tytułu pozyskano ponad 115 tysięcy złotych. Pieniądze te starczają jedynie na zapewnienie opieki medycznej chorym.


Tadeusz Boniecki prezes i założyciel Stowarzyszenia Hospicjum Domowe im. ks. kan. Kazimierza Malinowskiego w Chełmie, nie kryje radości z przekazanego samochodu. – Jak dotychczas nie mieliśmy własnego samochodu hospicyjnego, a nasz zespól hospicyjny (lekarz, pielęgniarki i fizjoterapeuta, psycholog) dojeżdżał do chorych wypożyczonymi przez nas autami lub własnymi i często psującymi się samochodami. Teraz dzięki dobroci i wyrozumiałości księdza Józefa Sereja ta sytuacja się zmieni. Bardzo dziękuję księdzu za dobre serce i wielką życzliwość dla naszych chorych i hospicjum.

Tylko w ciągu ostatniego roku pod opieką chełmskiego hospicjum domowego im. ks. kan. Kazimierza Malinowskiego było 300 chorych na choroby terminalne, głownie nowotworowe i przewlekłe. W ciągu 11 lat działalności było to już kilka tysięcy chorych.


W chwili obecnej przybywa chorych na nowotwory, wymagających korzystania z różnego rodzaju zabiegów w domu, specjalistycznego sprzętu medycznego, środków opatrunkowych i innych, pomagających osobom terminalnie chorym godnie żyć bez konieczności hospitalizacji.

Obecnie bezpośrednią domową opieką hospicyjną obejmujemy 23 chorych z miasta Chełm i okolicznych gmin powiatu chełmskiego w promieniu ponad 50 kilometrów. Nasza pielęgniarka odwiedza chorych codziennie, wykonując wszelkie zabiegi zlecone przez lekarza. Pomimo iż nie posiadamy kontraktu z Narodowym Funduszem Zdrowia, chorzy mają z naszej strony zapewnioną bezpłatną fachową opiekę medyczną i poradnictwo przez całą dobę.


Rodziny zgłaszają coraz większą potrzebę objęcia opieką ich chorych ze strony naszego Hospicjum, jednak wcześniej zdarzało się że z przykrością musieliśmy im odmówić naszej pomocy hospicyjnej, ze względu na zbyt daleką odległość od miasta Chełm. Brak służbowego ambulansu uniemożliwiał bowiem dojazd do miejscowości zamieszkania chorego.

Mamy w pamięci również przypadki, gdy terminalnie chorzy głownie ze środowiska wiejskiego, byli traktowani jak wykluczeni społecznie bo nikt nimi nie chciał się nimi zająć od strony medycznej. Tego obowiązku należycie nie wypełniali niestety lekarze medycyny rodzinnej. Brak pomocy medycznej w ostatnim stadium życia, to prawdziwy dramat dla rodziny a także chorego, któremu towarzyszy związany z nowotworem ból nie do zniesienia.


Teraz dzięki dobremu sercu i ogromnej życzliwości naszego darczyńcy ks. kan. Józefa Sereja, ta sytuacja się zmieni.

Działalność Hospicjum Domowego im. ks. kan. Kazimierza Malinowskiego, to nie tylko opieka medyczna. Przy hospicjum działają też grupy wsparcia: dla osób po chorobie nowotworowej i grupa wsparcia w żałobie. Spotkania odbywają się raz w miesiącu i regularnie przychodzi na nie po kilkanaście osób.

Ponadto prowadzimy bezpłatną wypożyczalnię sprzętu rehabilitacyjnego (m.in. łóżka rehabilitacyjne, wózki inwalidzkie, chodziki, balkoniki, koncentratory tlenu, ssaki medyczne, pompy infuzyjne i inne rzeczy niezbędne do opieki nad chorym w domu).


Ważnym punktem naszej działalności jest także edukacja hospicyjna dzieci i młodzieży w chełmskich szkołach i przedszkolach.

Najnowszym wyzwaniem podjętym przez Stowarzyszenie jest budowa Stacjonarnego Domu Hospicyjnego w Nowinach koło Chełma. Będzie to pierwsza tego typu placówka medyczna w subregionie chełmskim. W jej skład wejdzie też Dom Opieki Długoterminowej i Dom Opieki Wyręczającej. Obiekty te powstaną na 2,5 ha działce przekazanej bezpłatnie przez Starostwo Powiatowe w Chełmie z zasobów Skarbu Państwa.

źródło: hdchelm.cba

Wrocław: Po tatuażu gałek ocznych częściowo straciła wzrok. Kobieta pozwała tatuażystę

Tatuażysta Piotr A. może spędzić w więzieniu nawet trzy lata. Prokuratura zarzuca mu okaleczenie młodej kobiety, która chcąc upodobnić się do Popka, wytatuowała sobie gałki oczne.


zdjęcia: anoxi_cime

Do sądu we Wrocławiu trafił akt oskarżenia przeciwko warszawskiemu tatuażyście Piotrowi A. Sprawa dotyczy wydarzeń sprzed trzech lat. Prokurator zarzucił mężczyźnie, że oślepił Aleksandrę Sadowską, wykonując jej tatuaż gałek ocznych. Śledczy uważają, że w ten sposób naraził wrocławiankę na kalectwo.


W kwietniu 2017 roku, 22-letnia kobieta straciła wzrok w prawym oku, a lewe zostało poważnie uszkodzone. To efekt nieudanego zabiegu wykonania tatuażu gałek ocznych. Aleksandra chciała wytatuować sobie oczy, żeby upodobnić się do swojego idola, rapera Popka. 

Po wykonanym tatuażu kobieta zgłosiła, że nie widzi na prawe oko, a lewym widzi bardzo słabo. Usłyszała wówczas, że to zupełnie normalne, a widzenie wróci po około trzech tygodniach, gdyż tyle będzie schodziła opuchlizna. Miała stosować okłady i leki przeciwbólowe. Niestety, wzroku nie odzyskała. 


22-latka ma jaskrę i zaćmę. Wzroku w prawym oku nigdy nie odzyska. O jej powrót do zdrowia walczyli specjaliści ze Szpitala Wojskowego we Wrocławiu. Aleksandra przeszła trzy zabiegi okulistyczne. Lekarze ustabilizowali ciśnienie w oku oraz usiłowali wypłukać tusz z oka, jednak barwnik wniknął w tkankę. Dzięki nim kobieta nie odczuwa już ogromnego bólu, który towarzyszył jej od chwili wykonania tatuażu, ale wzroku już nie odzyska.  


Sprawę prowadzi prokuratura. 27. lutego do sądu trafił akt oskarżenia. Tatuażyście zarzuca się nieumyślne narażenie 22-latki na ciężkie kalectwo. Śledczy ustalili, że Piotr A. dopuścił się poważnych błędów w sztuce, a do wykonania tatuażu użył tuszu, który nadawał się wyłącznie do tatuowania skóry i w żadnym wypadku nie wolno nim było tatuować gałek ocznych.

Już w 2018 roku prawnik Aleksandry Sadowskiej zapowiedział, że będzie domagał się 1,5 miliona złotych. Tatuażyście grożą trzy lata więzienia. Mężczyzna nie przyznaje się do winy. W dalszym ciągu pracuje on w salonie, którego jest współwłaścicielem. 

Renata Zalewska-Ociepa
źródło: Gazeta Wrocławska


38-latek zmarł na komendzie policji. "Policjanci zabili mi narzeczonego"

38-letni Szymon zatrzymany w sprawie narkotykowej zmarł we wtorek wieczorem w Komendzie Miejskiej Policji we Włocławku w Kujawsko-Pomorskiem. Prokuratura w tej sprawie wszczęła śledztwo - poinformowała Anita Szefler-Ciupińska z zespołu komunikacji włocławskiej komendy.


foto: policja: Facebook


- Z pierwszych ustaleń wynika, że bezpośrednią przyczyną zgonu mężczyzny była niewydolność oddechowa. Badamy, czy nie doszło do przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy - powiedział w rozmowie z portalem expressbydgoski.pl zastępca prokuratora rejonowego we Włocławku Arkadiusz Arkuszewski.


38-latek trafił do policyjnego pomieszczenia dla zatrzymanych w związku ze sprawą narkotykową. Po wykonaniu czynności procesowych, funkcjonariusze rozpoczęli procedurę związaną z osadzeniem mężczyzny w pomieszczeniu dla zatrzymanych, w którym niestety zasłabł.

Policjanci o zdarzeniu niezwłocznie poinformowali prokuratora i biegłego patomorfologa, którzy przyjechali do komendy i prowadzili dalsze czynności.


Narzeczona 38-latka winą za śmierć mężczyzny obarcza policjantów.
- Szymon został zaprowadzony do pokoju, gdzie nie było kamer, niby chcieli mu założyć kaftan bezpieczeństwa, choć nie może odbywać się to w pokoju bez kamer. Po chwili z tego pokoju zaczęli wybiegać policjanci przestraszeni, w popłochu, jeden zemdlał. Prawdopodobnie jeden z policjantów przydusił Szymona i udusił go, zabił - mówi zrozpaczona kobieta.


Dziś (26 lutego) przed południem odbyła się sekcja zwłok. - Po dwóch godzinach zadzwonili, żeby przyjechać po ciało. Patomorfolog stwierdził nagłą śmierć sercową - słyszymy od narzeczonej.

Według jej relacji patamorfolog, który badał ciało zmarłego, stwierdził "nagłą śmierć sercową".


źródło: Rmf24/ RadioZet/ PolsatNews/ ddwloclawek

Popularne na Facebooku